strona główna
- • • • -
2010 czerwiec 2009 marzec luty styczeń 2008 grudzień listopad sierpień czerwiec kwiecień
- • • • -
12, - ty się chyba zadurzyłaś!
Nieprawda!To nie zadurzenie. Ani tym bardziej zadłużenie. To... lubienie. Ja lubię jego, on lubi mnie, koniec, kropka.
- Ha ha, kontakty damsko-męskie nie są takie proste, złotko.A może. I co z tego?
Wypiszę sobie wyraźnie na czole
NIE ZWIĄZKOM* (* -
dopóki nie skończę osiemnastki. Albo liceum. Albo jednego i drugiego) i kupię kamerkę internetową, żeby wszyscy widzieli.
Potrzeba mi takich zawirowań?
Co? Potrzeba? Nie. Kumpel, kolega, znajomy, osoba na liście kontaktów, obserwowany i obserwujący na jakiejś społecznościówce. Ewentualnie -
przyjaciel.
Nikt więcej...Od tygodnia chodzę spać w środku nocy, tak koło trzeciej. Oficjalnie - trenuję przed Sylwestrem. Nieoficjalnie - nie mam motywacji by zasnąć, wyspać się, a potem zacząć kolejny dzień.
Dobrze mi tak spać do 12, jeść posiłki kiedy mi się podoba, a nie kiedy jest dłuższa przerwa w szkole, spędzać całe dnie w Internecie, poznawać miłych ludzi (
bo niemiłych z miejsca blokuję, o!) i pisać, i pisać, i pisać. Dobrze mi tak. I miło jest cały dzień przesiedzieć w piżamie. I mieć czas pogonić się z kotem dookoła kominka. I przyjemnie jest nawet podenerwować brata, kiedy rozmawia z kimś przez mikrofon i słuchawki.
Czy ja muszę wracać do szkoły?
Muszę?Naprawdę?...A od trzech dni nie śpię sama. Znaczy, teoretycznie nigdy nie śpię sama, bo te miliony milionów roztoczy i innych takich (
nie znam się) zawsze gdzieś tam są. Ale w praktyce spanie z kimś liczy się, gdy ten ktoś ma trochę więcej komórek.
Tkanek. Czegoś tam jeszcze. Nie wiem, z biologii jestem cienka, choć anatomię powinnam znać dość dobrze...
Do łóżka pakuje mi się
pan D.I się ciśniemy na tym malusim materacyku, pod tą jednusią kołdereczką (
bo na drugiej się śpi ^^"). Przynajmniej poduszek jest dość, wychodzi po cztery na głowę. I ciśniemy się, bo ja jestem szeroka i niska, a on wysoki i chudy.
A w ogóle, my jesteśmy takimi przeciwieństwami. I to tak naprawdę, aż wszyscy uważali, że ze sobą jesteśmy, bo przeciwieństwa się przyciągają.
Ja blondynka, on ma włosy czarne jak noc. Ja wiecznie zakochana, byle uśmiech potrafi wywołać u mnie motylki w brzuchu, on do niedawna nie potrafił wyrażać emocji. Ja bym się wiecznie bawiła, tańczyła, śpiewała. On w sumie też, tyle, że ja na koncercie topowej gwiazdki, a on na festiwalu metalowym. Bo ja to takie nie wiadomo co, jeśli chodzi o subkulturę (
choć mówię, że w 1/4 jestem punkiem), a on stuprocentowy metal. Ale nie satanista.
I w końcu, ja stąd, a on nawet dobrze po polsku nie mówi. (
- I udaj, że nie rozumiesz, co ci ludzie do ciebie mówią! - Ja nie muszę udawać, złotko.)
A mimo wszystko, jesteśmy przyjaciółmi. I to nawet bliskimi, ba! bardzo bliskimi.
Tak bliskimi, że nie mamy się w linkach. Nie mam go na liście kontaktów ani na gadu, ani na tlenie, ani na aqq, ani na skype, ani w telefonie. Bo my ze sobą się cyfrowo nie komunikujemy, odkąd przeszliśmy cztery lata temu na rozmowę w cztery oczka. No dobrze, czasami w trzy. Bo na nasze rozmowy trzeba czasem jedno oko przymknąć.
I... dobrze mieć takich ludzi ze sobą.
Wtedy nastawianie się na powrót do szkoły nie jest tak bolesne.
Ale czytanie mi przez ramię w czasie wędrówek po Internecie i nabijanie się z moich uroczych znajomych nie powinno mieć miejsca.
No dobra, D., wiem, że to przeczytasz. Zrób mi mus czekoladowy w.g. Twojego przepisu, to Ci wszystko wybaczę ^^
Głosuj (0)
22:25:33 29/12/2008 •
komentarzy 0 •
skomentuj
11, staję na nogi; jeszcze kiedyś podniosę dumnie głowę
Pierwsze dni po
22. listopada tego roku były koszmarem. Ale takim na jawie, więc bez obciętych części ciała, bez krwi, bez noży i psychopatycznych strzelców.
Byłam jakby nie sobą. Miałam wrażenie, że świat, że całe życie dzieje się obok mnie. Wszystko jakby pędziło do przodu i -
co było przykre - nikt na mnie nie czekał.
Chodziłam wtedy niczym klasyczny zombie, z pustym wzrokiem, rozdziawioną buzią, niezdolna do samodzielnego myślenia. Przy życiu trzymał mnie...
P. Kolega z ławki. Choć nawet o tym nie wiedział, jak podejrzewam. Nie, żeby dawał jakieś wsparcie czy zrozumienie, nie. Po prostu, niezależnie od rewelacji w wiadomościach i ustroju politycznego, się śmiał. Szczerze i krzepiąco.
Tak, mój drogi, ten śmiech mi wtedy w zupełności wystarczał.
Jakoś to wszystko przeżyłam.
Jakoś.Potem było już tylko lepiej.
W takich przypadkach przydają się starsi przyjaciele.
Sporo starsi. Wszyscy, jak jeden mąż, spojrzeli na to po swojemu i na trzeźwo ocenili sytuację.
Szło całkiem dobrze, aż do naszych
wspólnych urodzin. Bo problem polega na tym, że nasze urodziny następują po sobie: najpierw jego,
14, a następnego dnia moje. I z tego powodu zawsze chodziliśmy szczęśliwi jak gdyby była już Gwiazdka - no, przynajmniej w poprzednich czterech latach. W tym roku nawet nie wysłałam głupiego esemesa z życzeniami.
Nie to nie, tego pana nie ma już w moim życiu.
W poniedziałek przyszło pismo do
D. Krótko to skwituję:
idiota. Idiota!
IDIOTA!Nie dałam się wciągnąć w głupie gierki i najzwyczajniej w świecie olałam sprawę.
A co.Teraz wielkimi krokami zbliżają się święta, jesteśmy miesiąc po rozstaniu i radzę sobie świetnie.
Mam wsparcie w rodzinie, która nawet o niczym nie wiedziała. Mam przyjaciół, choć nie do wszystkich mogę się zwrócić i wyżalić - z niektórymi się troszkę posprzeczałam... ale to tylko chwilowe.
No i pojawił się
ktoś nowy.Chociaż miałam o tym nie pisać, by nie zaperzyć. Na razie wszystko jest tak wstępne i początkowe, że jeszcze nic nie wiadomo.
Tyle.- Wiesz co, zmieniłaś się. - Trudno.- Nie sądziłem, że będziesz kiedykolwiek taka.- Za to ty jesteś cały czas taki sam...
Głosuj (0)
23:27:52 23/12/2008 •
komentarzy 5 •
skomentuj
- • • • -
Szablon wykonany przez
Aden Ikar, tylko i wyłącznie dla niej. Czcionka pożyczona z
dafont.com. Wszystko zasila
blogasek.pl, część portalu
joe.pl.